Nauka angielskiego

Nauczanie angielskiego w fajny sposób

Na papierze wszystko się zgadza. Podręcznik przerobiony, słówka zaliczone, średnia z testów przyzwoita. A potem ta sama klasa jedzie na wakacje i okazuje się, że zamówienie dwóch gałek lodów po angielsku to wyzwanie na miarę matury. Znacie to? My znamy aż za dobrze — od tego obrazka zaczyna się historia większości szkół, które się do nas odzywają.

Problem rzadko leży w gramatyce. Leży w tym, że angielski bywa w szkole przedmiotem, a bardzo rzadko językiem. Przedmiot się zdaje. Językiem się mówi. I między jednym a drugim jest przepaść, której nie zasypie kolejna godzina ćwiczeń.

„Fajnie” nie znaczy „byle jak”

Najpierw wyjaśnijmy jedno nieporozumienie. Kiedy mówimy o uczeniu w fajny sposób, nie chodzi o balonik, quiz na telefonie i piosenkę na koniec semestru. Zabawa bez celu nudzi się po kwadransie — nastolatki wyczuwają ją bezbłędnie. Chodzi o coś innego: mózg zapamiętuje to, co przeżył, a nie to, co przerobił. Emocja plus struktura. Jedno bez drugiego nie działa.

Przez lata prowadzenia programów w Niemczech, Austrii i Szwajcarii — a teraz w Polsce — kilka rzeczy sprawdza się nam tak konsekwentnie, że trudno wierzyć w przypadek.

Cel musi być inny niż język

Brzmi przewrotnie, ale to fundament. Kiedy celem lekcji jest „ćwiczenie mówienia”, uczniowie ćwiczą milczenie. Kiedy celem jest wystawienie spektaklu, nakręcenie filmu albo obrona własnego pomysłu na biznes przed publicznością — angielski przestaje być tematem i staje się narzędziem. Nikt nie zastanawia się, czy zdanie jest w poprawnym czasie, kiedy za trzy dni premiera, a scena druga wciąż nie ma zakończenia.

Drugi składnik: człowiek, z którym nie da się przejść na polski. Z polskim nauczycielem uczeń zawsze wie, że może się „ratować”. Z trenerem z Manchesteru czy Kapsztadu ratunku nie ma — i nagle okazuje się, że rękami, uśmiechem i pięcioma znanymi słowami da się załatwić zaskakująco dużo. Z każdą taką rozmową tych słów przybywa.

„Uczniowie nie boją się angielskiego. Boją się oceny. Zabierzcie ocenę z równania, a mówienie zaczyna się samo.”

I trzecia rzecz, może najważniejsza: błąd musi być paliwem, nie wstydem. U nas źle użyte słowo kończy się śmiechem — wspólnym, nie wyśmiewaniem — i jedziemy dalej. Po dwóch dniach klasa przestaje pilnować poprawności, a zaczyna pilnować, żeby nikt im nie przerywał, bo mają coś do powiedzenia.

Co można zrobić od poniedziałku

Nie każda szkoła zaprosi od razu zespół native speakerów i dobrze — kilka rzeczy można przetestować własnymi siłami:

  • zamiast kartkówki ze słówek: zespołowe wyzwanie, w którym te słówka są potrzebne do wygranej;
  • jedna lekcja w tygodniu całkowicie po angielsku — z gestami, rysowaniem i bez tłumaczenia „na wszelki wypadek”;
  • zamiast wypracowania: trzydzieści sekund nagranego wideo. Krócej, trudniej i sto razy bliżej życia.

A jeśli chcecie zobaczyć, jak to wygląda w pełnej skali — z projektem, trenerami i finałem przed całą szkołą — to dokładnie po to wymyśliliśmy Tydzień Projektowy. Najbardziej lubimy moment z ostatniego dnia, powtarzający się w każdej szkole: na scenę wychodzi uczeń, o którym wychowawca mówił nam w poniedziałek „on się nigdy nie odzywa”. I mówi. Po angielsku. A klasa bije brawo.

← Wróć do wszystkich wpisów

Chcecie zobaczyć to na żywo?

Przywieziemy projekt, trenerów i całą energię do Waszej szkoły — Wy zapewniacie tylko salę.

Zapytaj o Tydzień Projektowy